Nie wiem czy powinnam się bardzo rozpisywać o ostatnim weekendzie, czy też skwitować całość trzema słowami: Rio de Janeiro. Miałam niedawno takie przemyślenia, że de facto w życiu nie ma nic pewnego i lepiej nie ryzykować i nic nie odkładać na później. Podjęłam więc męską decyzję: jadę do Rio! Jednak średnio atrakcyjna była dla mnie perspektywa takiej wyprawy w pojedynkę: to wielkie miasto, bardziej niebezpieczne niż Brasília, a na dodatek chciałam zasmakować też słynnego nocnego życia - na co raczej sama bym się nie odważyła (rozsądek i rozwaga przede wszystkim). Rozpuściłam więc wici wśród moich pracowych i nie-pracowych znajomych i wkrótce znalazłam chętnych: Sergio i Flavio (zapoznani w Brasílii). Sergio wkrótce się wycofał (a szkoda, bo ma mieszkanie w Rio), ale Flavio nie zmienił zdania - miałam więc przewodnika znającego język i miejsce.
Wyprawa rozpoczęła się w piątek wczesnym wieczorem - wyjazd po pracy, około 18-tej. Na miejscu byliśmy przed pierwszą w nocy. Już w samym mieście okazało się, że mój Cicerone nie zna go aż tak dobrze, bo dobre pół godziny krążyliśmy w poszukiwaniu hotelu - położonego nie w jakimś anonimowym zakątku, a przy samej plaży Copacabana. Choć zmęczeni po podróży, postanowiliśmy wypuścić się na miasto na późną kolację w jedną z uliczek modnej Ipanemy (tuż koło drugiej ze słynnych plaż Rio de Janeiro). Nawet w zimie życie tętni tu do późnych godzin nocnych (względnie wczesnych porannych). Przy słabym brazylijskim piwie siedzieliśmy do czwartej (przy czym jeszcze przed kolacją ja uparłam się, żeby pójść na plażę - musiałam przecież zamoczyć nogi w oceanie).
Sobota rozpoczęła się więc z niewielkim poślizgiem i szybko stało się jasne, że misternie ułożona agenda (obejmująca największe atrakcje turystyczne) jest nierealna. No chyba, że narzucilibyśmy tempo japońskiej wycieczki.
Jednym z symboli Rio jest Pão de Açúcar (Głowa Cukru), wysoka na 395 metrów góra wznosząca się nad oceanem na wysokości Praia Vermelha (Czerwona Plaża):
Na Pão de Açúcar wjeżdża się dwustopniową kolejką linową, a na szczycie, oprócz dzikich tłumów, można spotkać lokalną faunę:
i florę:
Flora jest przykładem lasu atlantyckiego (Mata Atlântica), gęstej roślinności typowej dla południowo-wschodniego wybrzeża Brazylii (przy czym schodki nie są stałym elementem maty).
Ani małpki, ani zarośla nie są jednak główną atrakcją tego miejsca. Atrakcją są oczywiście widoki:
Po lewej stronie, tuż za kablami kolejki, widać łuk Copacabany, a centralnie w chmurach kryje się Corcovado z kolejnym symbolem Rio - figurą Cristo Redentor (hm, musze przyznać, że te chmury nieco mnie zmartwiły).
A tak wygląda Copacabana w całej swojej okazałości:
W pewnym momencie chmury nieco się przerzedziły i naszym oczom ukazało się Corcovado:
Zapadła więc szybka decyzja - zaliczamy drugi żelazny punkt wycieczki.
Na szczyt Corocovado (710 m n.p.m.) dostać się można specjalnym busem lub pnącym się stromo w górę pociągiem. Odstaliśmy swoje w kolejce, naczekaliśmy się na ciuchcię i wczesnym popołudniem mieliśmy u stóp całe Rio, tu w stronę Copacabany i Pão de Açúcar:
...a tu z widokiem na Ipanemę i jezioro Lagoa Rodrigo de Freitas:
A tak wygląda sam Cristo Redentor, 38-metrowy granitowy posąg, wzniesiony w 1931 roku:
Niezły efekt, prawda?
Cóż, zrobiło się tu już dość późno, a jutro jednak trzeba pojawić się w pracy (ostatni dzień). Z Waszym pozwoleniem zakończę więc relację na sobotnim dniu. W wolnej chwili (hm, może już z Polski) dopiszę jeszcze kilka słów, aby dopełnić obraz. Powiem jeszcze tylko (na wypadek gdyby nie wynikało to z moich opisów i zdjęć), że był to wyśmienity i relaksujący weekend.
Do zobaczenia już wkrótce!
Też chcę tam być - weź mnie do walizki następnym razem! ;)
OdpowiedzUsuńOjej, ojej - ależ piękne te widoki!!!
OdpowiedzUsuńA to zdjęcie z samolotami to własnym aparatem czy może z Internetu? Rzeczywiście efekt niesamowity!
No to czekamy we Wrocku na malutkim lotniseczku z malutkim Ryneczkiem (ale uroczym) na malutkim osiedlu w malutkim domku w malutkim pokoiku (w porównaniu z ogromem widocznym na zdjęciach).
Całuski ;-)
O,u Ciebie 11:59, a u mnie już 16:59
No, nareszcie. Gratulacje odwagi i pasji podróżniczej !!!!
OdpowiedzUsuń