Corcovado jest miejscem niesamowitym. Nie przeszkadza tam nawet dziki tłum turystów kłębiący się pod figurą Chrystusa. Człowiek przecież ma świadomość, że sam też się tam kłębi, na równi z innymi turystami. Odpowiadam na pytanie Mamy: zdjęcie z samolotami jest mojego własnego skromnego autorstwa (dygresja fotograficzna: Jaśko, przepraszam, ale porzucam myśl o sprzedaży mojego Canona, aczkolwiek planuję dokupienie jakiegoś kompaktu - będzie poręczniejszy na imprezach. Wszelkie sugestie ekspertów mile widziane). W pewnym momencie przeleciała tam nad nami taka eskadra, ku uciesze gawiedzi. Dowiedziałam się później, że tego dnia był w Rio prezydent Lula da Silva, ale nie wiem czy to na jego cześć takie szopki tam się odbywały.
Właściwie ogrom Pão de Açúcar i Corcovado wypełniły sobą całą sobotę. Nie udało mi się odwiedzić ani żadnej szkoły samby, ani zabytkowych kościołów czy malowniczej (ponoć) dzielnicy Santa Teresa. O Maracanie nawet nie wspomnę (no dobrze, przyznaję bez bicia, że Maracany nie było nawet na liście zapasowej). Wieczorem zjedliśmy kolacje w okolicach Ipanemy, a ja znów nie przegapiłam okazji i zamoczyłam nogi w oceanie. Zarówno wzdłuż Copacabany, jak i Ipanemy ciągnie się szeroki deptak z charakterystyczną mozaiką, którą można spotkać jako piktogram nawet na ręcznikach i koszulkach sprzedawanych na plaży. Tak wygląda deptak wzdłuż Ipanemy późnym wieczorem:
A tak wyglądam ja na tejże modnej plaży (w tle światła faveli):
Cały czas byłam jeszcze przed pierwszą kąpielą w Atlantyku, więc musiałam się ostro powstrzymywać, żeby nie wskoczyć w sukience do wody.
Sobotnią noc w Rio po prostu trzeba spędzić w dzielnicy Lapa. To właśnie tu najbardziej boleśnie odczułam brak kompaktowego aparatu (z zazdrością myślałam o Nikonie Agatki). Po przejściu pod łukami Aqueduto da Carioca człowiek znajduje się nagle w innym świecie. To świat alkoholu, artystycznej bohemy, muzyki granej i tańczonej w barach lub wprost na ulicy. W sieci wygląda to tak:
Uwierzcie mi, że na żywo jest jeszcze lepiej.

Lapa do białego rana tętni życiem. W jednych barach grana, śpiewana i tańczona jest samba (w tych miejscach raczej nie ruszałam na parkiet, bo nie mogłam równać się z miejscowymi dziewczynami). W innych królował nowoczesny funk (również niezbyt łatwy taniec), a w jeszcze innych forró (poproście Anię, żeby Wam ładnie przeczytała - jak dla mnie wymawia się to jak foho). Wieść gminna niesie, że nazwa została nadana przez amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Brazylii w czasie II Wojny Światowej - z ich obserwacji wynikało, że to taniec "dla wszystkich". I tak for all wymawiane przez Brazylijczyków stało się forró. Wikipedia wprawdzie zaprzecza tej wersji, ale co tam, takie legendy dodają tańcu uroku.
Grunt, że zabawa była przednia, i to do białego rana. Całą noc spędziliśmy chodząc od jednego baru do drugiego, w każdym popijając caipirinhię, a tańcząc w co drugim.
W tej sytuacji niedzielny poranek był wymarzonym momentem na kąpiel w Atlantyku. Copacabana była trzy minuty od hotelu, więc odpuściliśmy sobie modną Ipanemę (zwłaszcza, że miałam ze sobą bikini rocznik Chorwacja 2002 - jedyne jakie posiadam). Oceaniczne fale mnie nie zawiodły, ze dwa razy musiałam łapać sznureczki mojego stroju, bo inaczej wyłoniłabym się z morskiej piany jako ta Wenus Botticellego (nie żeby aż taka piękna, raczej - aż taka goła). A po kąpieli relaks pod parasolem, z drinkiem w ręku. Kojarzycie obrazek z nagłówka mojego bloga? Gdy go wybierałam, śmiałam się sama do siebie, że to takie nierealne, stereotypowe postrzeganie Brazylii. Ale tak właśnie było na Copacabana! Moje własne havaianas (brazylijskie japonki) i mój własny drink w ananasie (jeszcze lepiej niż kokos)! Nie jestem urodzoną plażowiczką, ale w tym momencie pomyślałam sobie "chwilo, trwaj!"
Chwila niestety nie chciała trwać i wczesnym wieczorem trzeba było wracać.
Jeszcze tylko szybki powrót na plażę, by uwiecznić Copacabanę i jej deptak na zdjęciach, a potem sześć godzin w aucie.
Podobnie jak podróż do Rio, drogę powrotną wypełniała muzyka brazylijska. Jest kilku artystów, których nie wolno nie znać, jeśli chce się mieszkać w Brazylii. Jednym (jedną) z nich jest nieżyjąca już Elis Regina:
Piękne, prawda?
Prawda. I prawda, że Elis w duecie z Tomem, to piękna muzyka.
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, że się podoba. Zainteresowani moga poszukać i posłuchać na youtube: Elis Regina, Tom Jobim, Chico Buarque, Vinicius de Moraes, Caetano Veloso... Szczególnie polecam tego ostatniego wersję "Cucurrucucu Paloma" - piosenka występuje nawet u Almodovara.
OdpowiedzUsuńMuzyka jak z niedzielnej Trójkowej Sjesty,a myślałam,że nie lubisz bossa novy.Dla okazania pełnej gamy brazylijskich rytmów pozwolę sobie uzupełnić wymienione grono artystów o zespół o wdzięcznej nazwie Grobowiec,czyli Sepultura,który nie dość,że zawiązał się w Belo Horizonte to śmiem twierdzić jest bardziej znany w szerokim świecie niż Elis,Tom i Caetano razem wzięci.
OdpowiedzUsuńps. 17 sierpnia Sepultura gra koncert we Wrocławiu,klub Alibi.
OdpowiedzUsuńNo rzeczywiście za Sjestą nie przepadam, ale to bardziej ze względu na młodego Kydryńskiego, niż na muzę. Bossa nova niczego sobie. A co do Sepultury - Belo Horizonte ma opinię prowincjalnego miasteczka, gdzie wszyscy wszystkich znają - ciekawe czy mam już wspólnych znajomych z chłopakami z zespołu.
OdpowiedzUsuń