Ale nie będę przecież wybredna...
Zacznijmy od początku. Na piątek zaplanowana została Bardzo Ważna Wizyta: centrum w Belo zamierzał odwiedzić sam Chief Operating Officer, generalnie druga osoba w firmie, człowiek okrzyknięty wschodzącą gwiazdą wśród menedżerów indyjskich. Czwartkowy wieczór zaplanowany ze szczegółami (limuzyna, restauracja, program kulturalny), a w piątek od rana agenda maksymalnie ściśnięta. Pamiętajmy jednak, że pracuję w dynamicznej organizacji, gdzie plany dostosowuje się do potrzeby chwili. A potrzeba była taka, że COO zapragnął zapoznać się z narodowym alkoholem Brazylii, czyli cachaçą. Może wykażę się teraz sporą ignorancją, ale dla mnie cachaça to po prostu słodkawa wódka pędzona z trzciny cukrowej, a na dodatek serwowana w temperaturze pokojowej. Zdecydowanie nie jest moim ulubionym napojem, no chyba, że jako składnik caipirinhii. No, ale kiedy COO mówi, że ma ochotę na cachaçę, to nie ma miejsca na prywatne preferencje i oczywiście idziemy do najlepszej cachaçarii w mieście: Alambique. Kilka godzin (i kilka butelek cachaçy) później zakończyliśmy wieczór na dachu hotelu z zapierającym dech w piersiach widokiem na Belo by night:

Jako że czytają rodzice, powiem tylko, że trzymałam fason dzielnie (nie było tańców na stole) i następnego dnia jako jedyna pojawiłam się w pracy na czas. Agendę trzeba było jednak ponownie dopasować do potrzeb COO (pracujemy w dynamicznej organizacji), czyli przesunąć start spotkań o jakieś dwie godziny.
Zanim przejdę do drugiej imprezy minionego tygodnia, wspomnę, że w sobotę rano obejrzałam pierwsze mieszkanie: ładne, ale drogie (choć to podobno standard dla lokali umeblowanych). Szukam nadal, nieco bliżej biura.
Sobotnia impreza miała zupełnie inny klimat (choć również tam pojawił się trunek z trzciny cukrowej): 69-te urodziny senhora José, taty Chris. Niewinne garden party okazało się przyjęciem na 60 osób, z kilkoma daniami i obsługą we frakach... Całe szczęście, że goście nie byli we frakach, bo trudno byłoby mi się wpasować.
No dobrze, z frakami może lekko przesadziłam. Były też plastikowe krzesełka i piwo z beczki. Generalnie rodzinna, domowa atmosfera, tylko na dużą skalę. Nie muszę chyba wspominać, że jedzenie było znakomite: kilka rodzajów mięs, sałaty, zakąski... Tym razem jednak moje serce podbiły desery. Na początek tort truskawkowy:
A następnie lokalna specjalność zwana Pé de Moça, czyli "stopa dziewczynki", w odróżnieniu od Pé de Moleque, "czyli stopa chłopca" (jeśli coś pokręciłam, poproszę o pomoc Młodą Kiedrę, bo google translator nie obejmuje tak smakowitych przypadków). Słodka, delikatna kombinacja karmelu, mleka i orzeszków zniknęła tak szybko, że nie zdążyłam sfotografować, ale wyglądało to mniej więcej tak:

Pycha!
Resztę popołudnia spędziłam zapoznając się z różnymi członkami rodziny:
...oraz uganiając się z aparatem za kolibrem. Powiem, że nie było łatwo (złapać kolibra oczywiście; zapoznawanie się z rodziną jakoś poszło, pomimo moich braków językowych).
Kolibry zobaczyłam po raz pierwszy w Inhotim. Były jednak zbyt szybkie, żeby je upolować (terminologia myśliwska zamierzona). Teraz dałam sobie trochę więcej czasu, a i przestrzeń była bardziej ograniczona. Ale i tak na kilkanaście fotek, gdzie widać kawałek skrzydełka, albo niewyraźny korpusik, wyszło mi jedno w miarę udane zdjęcie:
Ładne te brazylijskie dzieci :-) Trzeba może było obejrzeć tych pociotków ;-))
OdpowiedzUsuńPaula:oprócz mnie przybył Ci jeszcze jeden czytacz bloga - twoja babcia.Najbardziej babci na razie podobaly sie zdjęcia na których Ty jesteś (babcia tęski za Tobą),widoki z Brasilii (Bronek powinien Ci chyba zwrócic częściowo za bilet) oraz opis i fotki z przyjęcia rodzinnego.
OdpowiedzUsuńNasze uwagi: ostrożnie z podróżami autobusami (a może nasze obawy są stereotypowe?), zalecamy umiar w rozkoszach stołu (albo siłownia na dachu każdego dnia...)no i pochopnie nie odrzucaj propozycji seniorów rodu... - jak to mówią "kupić nie kupić ale potargować można".pozdrawiamy wujek i babcia (babcia nacisnie ERTER i wysle ten komentarz, to jej debiut ( w wieku... 93 lat) w Internecie.
Wujek, super, że pokazałeś babci bloga! Tylko nie wiem czemu tak śmiało zakładasz, że to Bronek (a nie Jarek) powinien kasę zwracać.
OdpowiedzUsuńBabciu - nic się o mnie nie martw - jak na razie całkiem mi się tu podoba, autobusami jeżdżę rzadko (i ostrożnie), jedzenie jest pyszne i chyba rzeczywiście na siłownię trzeba będzie chodzić. Natomiast Ty masz się szanować i oszczędzać!!! Pozdrowienia również dla kurczaków. Całuję, Paula.
Kurczaki dziękują za pozdrowienia i przesyłają dziubeczki.
OdpowiedzUsuńMoleque - chłopiec, ale w żargonie ;) taki rozrabiaka. Poprawnie : menino; "moleque" użyty wobec dorosłego - obraźliwe, =/- nierozgarnięty; inne popularne synonimy w żargonie: guri, garoto. No i oczywiście: każdy region preferuje inne synonimy....
OdpowiedzUsuńPaquita, zapisuj się szybko na kurs, zanim cały slang opanujesz na imprezach ;)