piątek, 25 czerwca 2010

Początki

Po 24-godzinnej podróży dotarłam do celu: Belo Horizonte. Nie obyło się bez niewielkich przygód, czyli poszukiwania bagażu w różnych terminalach olbrzymiego lotniska Guarulhos w Sao Paulo. Ostatecznie znalazłam wszystko co miałam znaleźć, zaprzyjaźniając się przy tym ze sporą częścią obsługi (7 godzin czekania na połączenie). W Belo (a właściwie w Confins) czekała już na mnie Chris - team leaderka ode mnie z pracy. Jeszcze tylko przez chwilę ode mnie z pracy, bo właśnie złożyła wypowiedzenie, przyprawiając mnie tym o mały zawał serca. Chris jest przecudowną osobą, bardzo serdeczną i ciepłą. No i przy tym bardzo piękną:


Prawda?

Pojechałyśmy do hotelu (nie było niestety pokoju z balkonem!), gdzie wzięłam megaszybki prysznic, a następnie do biura. Zaletą hotelu jest to, że mam 10 minut piechotką do pracy, a wadą (zarówno hotelu, jak i pracy) - położenie: w Novej Limie, a nie w samym Belo Horizonte. Czyli daleko wszędzie (no, blisko do jednego centrum handlowego, Hard Rock Cafe oraz restauracji sushi w wieży - latającym spodku.



Teraz zrobię mały przeskok - środa i czwartek upłynęły mi na:
  • pracy (na dwa etaty),
  • przyzwyczajaniu się do nowej strefy czasowej (wieczorem padam z nóg, a budzę się w środku nocy),
  • jednym wyjściu na pół-służbową kolację,
  • przeprowadzce do innego pokoju - z balkonem!

Za to na piątek czekałam z niecierpliwością, w końcu jest Copa do Mundo, i nikt tu o niczym innym nie mówi ani nie myśli. Nasłuchałam się o tym, że kraj zamiera, że to jak religia, a emocje sięgają zenitu. Dobrze, że Kiedro udzielił mi szybkiej lekcji futbolu (i już wiem, że nienawidzę Argentyny), bo inaczej mogłabym w ogóle z hotelu nie wychodzić. Nastawiłam się więc na mecz z Portugalią, nawet założyłam żółty szalik - z braku innego ubioru w narodowych kolorach (ale już mam koszulkę!) i punktualnie o 10:15 wybyłam z pracy (wszyscy wybyliśmy) - mecz oglądaliśmy w Hard Rock Cafe, przegryzając feijoadą - tradycyjnym daniem niewolników (bo przygotowywanym z resztek mięs z pańskiego stołu: takich jak uszy czy ogony). Fani piłki będą wiedzieć, że mecz nie zachwycił, a mnie także rozczarowała trochę atmosfera. Niestety. Pewnie dlatego, że spodziewałam się szaleństwa, wuwuzeli i samby na stole. No a było po prostu kulturalne oglądanie meczu:



Na pocieszenie załączam jeszcze fotkę wspomnianej wyżej wieży UFO - tuż pod nią znajduje się Hard Rock Cafe:



Jak miło, że jutro jest weekend!

4 komentarze:

  1. Chyba powinnaś się nauczyć nazwisk piłkarzy - a może już znasz? I wiedzieć, dlaczego Dunga przeprosił, Podpowiem - bo użył pod nosem niecenzuralnego słowa, a mikrofon to wychwycił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje dla drużyny Brazylii - Chile pokonane! Będzie chyba fiesta...
    Ale 1/4 finału: Brazylia z Holandią - komu w tym przypadku kibicować???

    OdpowiedzUsuń
  3. Question: Czy pracowe godziny spędzone na kibicowaniu drużynie narodowej należy odpracować (a może tylko w wypadku niepomyślnego rozstrzygnięcia spotkania?)? Buziaki!!

    OdpowiedzUsuń