niedziela, 27 czerwca 2010

Rodzinno-kulturalny weekend

Ambitny plan, żeby wstać o świcie i dobrze rozpocząć pierwszy weekend w Belo (siłownia na dachu) oczywiście spełzł na niczym. W południe byłam umówiona z Chris i jej rodziną na lunch. Rodzina jest liczna (dobrze, że wcześniej spisałam sobie imiona i wyuczyłam na pamięć): tata senhor José, mama dona Vera, siostra Adriana z mężem Humberto, brat Alexandre (akurat teraz jest w Moskwie, ale poznałam go poprzednio), jego córka Beatrice (Bia), no i oczywiście Roque (wymawia się jak filmowy Rocky) - mąż Chris. Jest jeszcze Guy - Amerykanin, który został członkiem rodziny jakieś 40 lat temu, gdy przebywał u dziadków w ramach (uwaga, uwaga!) wymiany Rotary. Guya poznałam podczas wizyty w lutym - jak widać odwiedza swoją przybraną rodzinę dość często, co mnie wróży dobrze na przyszłość (stwierdzenie Chris "moja rodzina jest Twoją rodziną").

Lunch zaczął się od prawdziwej domowej caipirinhii podanej w ogrodzie. Nie uwierzycie, ale to była moja pierwsza caipirinha od przyjazdu! Ale za to jaka pyszna! Zresztą, cały obiad był pyszny: kurczak z cebulą, zapiekane ziemniaki z serem, ryż i fasola. Hm, chyba muszę zacząć chodzić na tę siłownię na dachu. Okazało się, że "lunch" jest dość pojemnym pojęciem, bo właściwie spędziłam tam cały dzień. I przy okazji zorganizowałam sobie zajęcie na niedzielę: wycieczkę do Instytutu Inhotim z Chris, jej mężem i Guy'em.

Inhotim to niesamowite połączenie ogrodu botanicznego z muzeum sztuki współczesnej (coś jak Kröller-Müller Museum w Holandii). Już sama nowoczesna architektura w otoczeniu egzotycznej roślinności robi spore wrażenie:



Instytut powstał w latach 80-tych jako prywatna posiadłość milionera Bernarda Paz (nie udało mi się dowiedzieć czy ma syna na wydaniu). Od kilku lat funkcjonuje jako fundacja i jest otwarty dla zwiedzających (oprócz części, w której znajduje się rezydencja właściciela). W rozsianych po całym ogrodzie pawilonach znajdują się instalacje artystów z różnych stron świata. Z reguły jestem dość ostrożna jeśli chodzi o sztukę współczesną (czytaj: nie rozumiem co autor miał na myśli), ale tu znalazłam kilka rzeczy, które mnie zachwyciły. Najbardziej chyba instalacja The Forty Part Motet autorstwa kanadyjskiej artystki Janet Cardiff. Jest to nagranie XVI-wiecznego chorału w wykonaniu chóru męskiego. Nagranie niezwykłe, bo każdy z czterdziestu głosów zarejestrowany został osobno i osobno jest również odtwarzany - w sali rozstawionych jest 40 głośników. Stojąc w środku z zamkniętymi oczyma ma się wrażenie, jakby się było częścią chóru!


Inną instalacją, która robi wrażenie (a już na pewno zdobyłaby uznanie zaprzyjaźnionych inżynierów) to Beam Drop Inhotim (2008) Chrisa Burdena:


Wiem, wiem. Niektórzy powiedzą, że to sterta prętów wbitych w ziemię. A ja powiem: basen pełen wilgotnego betonu, pręty, olbrzymi dźwig i szalony artysta za jego sterami (czy dźwig ma stery?). Zresztą, zobaczcie sami:






Po tym łyku kultury, był pokaźny łyk narodowego sportu: mecz Argentyna-Meksyk, który oglądałam u Chris w towarzystwie jej licznych kuzynek i ich mężów. Ich imion jeszcze nie spamiętałam, ale muszę to jak najszybciej zrobić - zostałam zaproszona na imprezę urodzinową senhora José za dwa tygodnie. Idealnie byłoby do tego czasu nauczyć się też portugalskiego. No ale przy wszystkich moich talentach szanse na to są raczej nikłe. Trzeba będzie nadrabiać wdziękiem osobistym. Acha, mecz skończył się niedobrze (nie popieramy Argentyny!).


A teraz szykuję się na nowy tydzień. Tchau, tchau!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz