środa, 30 czerwca 2010

Esencja Brazylii - piłka i grill

W tygodniu niewiele mam przygód do opisywania. Oprócz trzymania kciuków za brazylijską drużynę oczywiście. W poniedziałek w pracy wszyscy obowiązkowo wyglądaliśmy mniej więcej tak:


Niech Was nie zwiedzie mój granatowy mundurek, pod nim oczywiście kryje się żółta koszulka z pięcioma gwiazdkami. Tym razem mecz (Chile-Brazylia) oglądałam u brata Fabiano. Fabiano to team leader ode mnie z pracy, sympatyczny chłopak, ale typ mega-yuppie. Wiem, wiem, zaraz mi powiecie, że to przecież ja jestem yuppie do potęgi, ale uwierzcie mi - tylko dlatego tak myślicie, bo nie poznaliście Fabiano. No dobrze, wystarczy psychologiczno-pracowych wstawek, miało być o meczu. Tym razem była gorąca atmosfera: grill (w mieszkaniu!), caipirinha i wuwuzele. I wreszcie moi brazylijscy znajomi (a także nieznajomi) wydawali się zadowoleni z gry swojej drużyny. A teraz emocje będą już tylko rosły. Pytanie wujka komu kibicować w piątek uznaję za niebyłe. Mogłabym od razu wracać do Polski, gdybym pojawiła się w pomarańczowym wdzianku. Piłka to rzeczywiście wielki temat. Dziś w pracy ludzie usiłowali wymusić na mnie zeznanie, który z lokalnych klubów popieram: Cruzeiro czy Atlético. Powiedziałam, że WKS Śląsk, ale ta odpowiedź chyba ich nie usatysfakcjonowała. Mam przeczucie, że niedługo będę musiała opowiedzieć się po którejś ze stron. Jakieś sugestie od znawców tematu? Podobno Cruzeiro jest uznawane przez FIFA za czwartą drużynę świata - może mi ktoś te rewelacje potwierdzić?

Oprócz emocji związanych z Copa do Mundo, atrakcją poniedziałkowej imprezy był grill. I nie była to bynajmniej akademikowa wersja grilla (na balkonie), ale profesjonalny ruszt wbudowany w ścianę mieszkania na 13-tym piętrze! A mięso - palce lizać.

Na szczęście nie było to moje ostatnie spotkanie z pysznym mięsem w tym tygodniu. We wtorek wybrałam się z Guy'em do churrascarii. Churrascaria to brazylijska odmiana steak house'u (grillowni??), gdzie serwowane są przeróżne odmiany mięs z rusztu. Kelnerzy chodzą z nabitymi na szpady różnymi pysznościami i podrzucają je gościom na talerz tak długo, aż przejedzony klient położy czerwoną kartkę na stole (i wyjątkowo nie ma to nic wspólnego z piłką nożną). Nieopatrznie nie wzięłam ze sobą aparatu (chyba jednak trzeba się będzie przerzucić na kompakt mieszczący się w damskiej torebce...), ale wygląda to mniej więcej tak, jak na fotkach z sieci:





Już na samo wspomnienie robię się głodna...

Na koniec jeszcze jeden pracowy wątek: dziś był ostatni dzień Chris. Wręczyłam jej na pożegnanie kolczyki z bursztynem przeszmuglowane z Polski. Podobały się - kto jak kto, ale Calak ma dobre oko do wybierania biżuterii.

Wszystkim młodym ze świeżo zdobytym wyższym wykształceniem gratuluję serdecznie. A wszystkim openerowiczom życzę niezapomnianych wrażeń, słońca i udanej zabawy. Szkoda, że mnie tam nie będzie.

niedziela, 27 czerwca 2010

Rodzinno-kulturalny weekend

Ambitny plan, żeby wstać o świcie i dobrze rozpocząć pierwszy weekend w Belo (siłownia na dachu) oczywiście spełzł na niczym. W południe byłam umówiona z Chris i jej rodziną na lunch. Rodzina jest liczna (dobrze, że wcześniej spisałam sobie imiona i wyuczyłam na pamięć): tata senhor José, mama dona Vera, siostra Adriana z mężem Humberto, brat Alexandre (akurat teraz jest w Moskwie, ale poznałam go poprzednio), jego córka Beatrice (Bia), no i oczywiście Roque (wymawia się jak filmowy Rocky) - mąż Chris. Jest jeszcze Guy - Amerykanin, który został członkiem rodziny jakieś 40 lat temu, gdy przebywał u dziadków w ramach (uwaga, uwaga!) wymiany Rotary. Guya poznałam podczas wizyty w lutym - jak widać odwiedza swoją przybraną rodzinę dość często, co mnie wróży dobrze na przyszłość (stwierdzenie Chris "moja rodzina jest Twoją rodziną").

Lunch zaczął się od prawdziwej domowej caipirinhii podanej w ogrodzie. Nie uwierzycie, ale to była moja pierwsza caipirinha od przyjazdu! Ale za to jaka pyszna! Zresztą, cały obiad był pyszny: kurczak z cebulą, zapiekane ziemniaki z serem, ryż i fasola. Hm, chyba muszę zacząć chodzić na tę siłownię na dachu. Okazało się, że "lunch" jest dość pojemnym pojęciem, bo właściwie spędziłam tam cały dzień. I przy okazji zorganizowałam sobie zajęcie na niedzielę: wycieczkę do Instytutu Inhotim z Chris, jej mężem i Guy'em.

Inhotim to niesamowite połączenie ogrodu botanicznego z muzeum sztuki współczesnej (coś jak Kröller-Müller Museum w Holandii). Już sama nowoczesna architektura w otoczeniu egzotycznej roślinności robi spore wrażenie:



Instytut powstał w latach 80-tych jako prywatna posiadłość milionera Bernarda Paz (nie udało mi się dowiedzieć czy ma syna na wydaniu). Od kilku lat funkcjonuje jako fundacja i jest otwarty dla zwiedzających (oprócz części, w której znajduje się rezydencja właściciela). W rozsianych po całym ogrodzie pawilonach znajdują się instalacje artystów z różnych stron świata. Z reguły jestem dość ostrożna jeśli chodzi o sztukę współczesną (czytaj: nie rozumiem co autor miał na myśli), ale tu znalazłam kilka rzeczy, które mnie zachwyciły. Najbardziej chyba instalacja The Forty Part Motet autorstwa kanadyjskiej artystki Janet Cardiff. Jest to nagranie XVI-wiecznego chorału w wykonaniu chóru męskiego. Nagranie niezwykłe, bo każdy z czterdziestu głosów zarejestrowany został osobno i osobno jest również odtwarzany - w sali rozstawionych jest 40 głośników. Stojąc w środku z zamkniętymi oczyma ma się wrażenie, jakby się było częścią chóru!


Inną instalacją, która robi wrażenie (a już na pewno zdobyłaby uznanie zaprzyjaźnionych inżynierów) to Beam Drop Inhotim (2008) Chrisa Burdena:


Wiem, wiem. Niektórzy powiedzą, że to sterta prętów wbitych w ziemię. A ja powiem: basen pełen wilgotnego betonu, pręty, olbrzymi dźwig i szalony artysta za jego sterami (czy dźwig ma stery?). Zresztą, zobaczcie sami:






Po tym łyku kultury, był pokaźny łyk narodowego sportu: mecz Argentyna-Meksyk, który oglądałam u Chris w towarzystwie jej licznych kuzynek i ich mężów. Ich imion jeszcze nie spamiętałam, ale muszę to jak najszybciej zrobić - zostałam zaproszona na imprezę urodzinową senhora José za dwa tygodnie. Idealnie byłoby do tego czasu nauczyć się też portugalskiego. No ale przy wszystkich moich talentach szanse na to są raczej nikłe. Trzeba będzie nadrabiać wdziękiem osobistym. Acha, mecz skończył się niedobrze (nie popieramy Argentyny!).


A teraz szykuję się na nowy tydzień. Tchau, tchau!

piątek, 25 czerwca 2010

Początki

Po 24-godzinnej podróży dotarłam do celu: Belo Horizonte. Nie obyło się bez niewielkich przygód, czyli poszukiwania bagażu w różnych terminalach olbrzymiego lotniska Guarulhos w Sao Paulo. Ostatecznie znalazłam wszystko co miałam znaleźć, zaprzyjaźniając się przy tym ze sporą częścią obsługi (7 godzin czekania na połączenie). W Belo (a właściwie w Confins) czekała już na mnie Chris - team leaderka ode mnie z pracy. Jeszcze tylko przez chwilę ode mnie z pracy, bo właśnie złożyła wypowiedzenie, przyprawiając mnie tym o mały zawał serca. Chris jest przecudowną osobą, bardzo serdeczną i ciepłą. No i przy tym bardzo piękną:


Prawda?

Pojechałyśmy do hotelu (nie było niestety pokoju z balkonem!), gdzie wzięłam megaszybki prysznic, a następnie do biura. Zaletą hotelu jest to, że mam 10 minut piechotką do pracy, a wadą (zarówno hotelu, jak i pracy) - położenie: w Novej Limie, a nie w samym Belo Horizonte. Czyli daleko wszędzie (no, blisko do jednego centrum handlowego, Hard Rock Cafe oraz restauracji sushi w wieży - latającym spodku.



Teraz zrobię mały przeskok - środa i czwartek upłynęły mi na:
  • pracy (na dwa etaty),
  • przyzwyczajaniu się do nowej strefy czasowej (wieczorem padam z nóg, a budzę się w środku nocy),
  • jednym wyjściu na pół-służbową kolację,
  • przeprowadzce do innego pokoju - z balkonem!

Za to na piątek czekałam z niecierpliwością, w końcu jest Copa do Mundo, i nikt tu o niczym innym nie mówi ani nie myśli. Nasłuchałam się o tym, że kraj zamiera, że to jak religia, a emocje sięgają zenitu. Dobrze, że Kiedro udzielił mi szybkiej lekcji futbolu (i już wiem, że nienawidzę Argentyny), bo inaczej mogłabym w ogóle z hotelu nie wychodzić. Nastawiłam się więc na mecz z Portugalią, nawet założyłam żółty szalik - z braku innego ubioru w narodowych kolorach (ale już mam koszulkę!) i punktualnie o 10:15 wybyłam z pracy (wszyscy wybyliśmy) - mecz oglądaliśmy w Hard Rock Cafe, przegryzając feijoadą - tradycyjnym daniem niewolników (bo przygotowywanym z resztek mięs z pańskiego stołu: takich jak uszy czy ogony). Fani piłki będą wiedzieć, że mecz nie zachwycił, a mnie także rozczarowała trochę atmosfera. Niestety. Pewnie dlatego, że spodziewałam się szaleństwa, wuwuzeli i samby na stole. No a było po prostu kulturalne oglądanie meczu:



Na pocieszenie załączam jeszcze fotkę wspomnianej wyżej wieży UFO - tuż pod nią znajduje się Hard Rock Cafe:



Jak miło, że jutro jest weekend!