sobota, 31 lipca 2010

Rio v.2

Już z ziemi polskiej podejmuję urwany wątek opowieści o przygodach Paquity w Rio.

Corcovado jest miejscem niesamowitym. Nie przeszkadza tam nawet dziki tłum turystów kłębiący się pod figurą Chrystusa. Człowiek przecież ma świadomość, że sam też się tam kłębi, na równi z innymi turystami. Odpowiadam na pytanie Mamy: zdjęcie z samolotami jest mojego własnego skromnego autorstwa (dygresja fotograficzna: Jaśko, przepraszam, ale porzucam myśl o sprzedaży mojego Canona, aczkolwiek planuję dokupienie jakiegoś kompaktu - będzie poręczniejszy na imprezach. Wszelkie sugestie ekspertów mile widziane). W pewnym momencie przeleciała tam nad nami taka eskadra, ku uciesze gawiedzi. Dowiedziałam się później, że tego dnia był w Rio prezydent Lula da Silva, ale nie wiem czy to na jego cześć takie szopki tam się odbywały.

Właściwie ogrom Pão de Açúcar i Corcovado wypełniły sobą całą sobotę. Nie udało mi się odwiedzić ani żadnej szkoły samby, ani zabytkowych kościołów czy malowniczej (ponoć) dzielnicy Santa Teresa. O Maracanie nawet nie wspomnę (no dobrze, przyznaję bez bicia, że Maracany nie było nawet na liście zapasowej). Wieczorem zjedliśmy kolacje w okolicach Ipanemy, a ja znów nie przegapiłam okazji i zamoczyłam nogi w oceanie. Zarówno wzdłuż Copacabany, jak i Ipanemy ciągnie się szeroki deptak z charakterystyczną mozaiką, którą można spotkać jako piktogram nawet na ręcznikach i koszulkach sprzedawanych na plaży. Tak wygląda deptak wzdłuż Ipanemy późnym wieczorem:



A tak wyglądam ja na tejże modnej plaży (w tle światła faveli):


Cały czas byłam jeszcze przed pierwszą kąpielą w Atlantyku, więc musiałam się ostro powstrzymywać, żeby nie wskoczyć w sukience do wody.

Sobotnią noc w Rio po prostu trzeba spędzić w dzielnicy Lapa. To właśnie tu najbardziej boleśnie odczułam brak kompaktowego aparatu (z zazdrością myślałam o Nikonie Agatki). Po przejściu pod łukami Aqueduto da Carioca człowiek znajduje się nagle w innym świecie. To świat alkoholu, artystycznej bohemy, muzyki granej i tańczonej w barach lub wprost na ulicy. W sieci wygląda to tak:


Uwierzcie mi, że na żywo jest jeszcze lepiej.

Aqueduto da Carioca (zwany też Arcos da Lapa) zbudowany został w XVIII wieku, by zaopatrywać mieszkańców w wodę z rzeki Carioca. Aby pokazać jak monumentalna jest to budowla, znów posiłkuję się zasobami sieci:


Lapa do białego rana tętni życiem. W jednych barach grana, śpiewana i tańczona jest samba (w tych miejscach raczej nie ruszałam na parkiet, bo nie mogłam równać się z miejscowymi dziewczynami). W innych królował nowoczesny funk (również niezbyt łatwy taniec), a w jeszcze innych forró (poproście Anię, żeby Wam ładnie przeczytała - jak dla mnie wymawia się to jak foho). Wieść gminna niesie, że nazwa została nadana przez amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Brazylii w czasie II Wojny Światowej - z ich obserwacji wynikało, że to taniec "dla wszystkich". I tak for all wymawiane przez Brazylijczyków stało się forró. Wikipedia wprawdzie zaprzecza tej wersji, ale co tam, takie legendy dodają tańcu uroku.

Forró jest łatwiejsze niż samba, mnie trochę kojarzyło się z naszym "dwa-na-jeden", a może to tylko ja tak tańczyłam, a wszyscy inni tańczyli na przykład tak:




Grunt, że zabawa była przednia, i to do białego rana. Całą noc spędziliśmy chodząc od jednego baru do drugiego, w każdym popijając caipirinhię, a tańcząc w co drugim.

W tej sytuacji niedzielny poranek był wymarzonym momentem na kąpiel w Atlantyku. Copacabana była trzy minuty od hotelu, więc odpuściliśmy sobie modną Ipanemę (zwłaszcza, że miałam ze sobą bikini rocznik Chorwacja 2002 - jedyne jakie posiadam). Oceaniczne fale mnie nie zawiodły, ze dwa razy musiałam łapać sznureczki mojego stroju, bo inaczej wyłoniłabym się z morskiej piany jako ta Wenus Botticellego (nie żeby aż taka piękna, raczej - aż taka goła). A po kąpieli relaks pod parasolem, z drinkiem w ręku. Kojarzycie obrazek z nagłówka mojego bloga? Gdy go wybierałam, śmiałam się sama do siebie, że to takie nierealne, stereotypowe postrzeganie Brazylii. Ale tak właśnie było na Copacabana! Moje własne havaianas (brazylijskie japonki) i mój własny drink w ananasie (jeszcze lepiej niż kokos)! Nie jestem urodzoną plażowiczką, ale w tym momencie pomyślałam sobie "chwilo, trwaj!"

Chwila niestety nie chciała trwać i wczesnym wieczorem trzeba było wracać.

Jeszcze tylko szybki powrót na plażę, by uwiecznić Copacabanę i jej deptak na zdjęciach, a potem sześć godzin w aucie.




Podobnie jak podróż do Rio, drogę powrotną wypełniała muzyka brazylijska. Jest kilku artystów, których nie wolno nie znać, jeśli chce się mieszkać w Brazylii. Jednym (jedną) z nich jest nieżyjąca już Elis Regina:


Piękne, prawda?

piątek, 30 lipca 2010

Rio!

Jeśli mieliście nadzieję, że porzuciłam już swoje grafomańskie hobby, to mam dla Was złe wieści. Otóż blog żyje i ma się dobrze. Tylko był trochę zaniedbany z braku czasu.

Nie wiem czy powinnam się bardzo rozpisywać o ostatnim weekendzie, czy też skwitować całość trzema słowami: Rio de Janeiro. Miałam niedawno takie przemyślenia, że de facto w życiu nie ma nic pewnego i lepiej nie ryzykować i nic nie odkładać na później. Podjęłam więc męską decyzję: jadę do Rio! Jednak średnio atrakcyjna była dla mnie perspektywa takiej wyprawy w pojedynkę: to wielkie miasto, bardziej niebezpieczne niż Brasília, a na dodatek chciałam zasmakować też słynnego nocnego życia - na co raczej sama bym się nie odważyła (rozsądek i rozwaga przede wszystkim). Rozpuściłam więc wici wśród moich pracowych i nie-pracowych znajomych i wkrótce znalazłam chętnych: Sergio i Flavio (zapoznani w Brasílii). Sergio wkrótce się wycofał (a szkoda, bo ma mieszkanie w Rio), ale Flavio nie zmienił zdania - miałam więc przewodnika znającego język i miejsce.

Wyprawa rozpoczęła się w piątek wczesnym wieczorem - wyjazd po pracy, około 18-tej. Na miejscu byliśmy przed pierwszą w nocy. Już w samym mieście okazało się, że mój Cicerone nie zna go aż tak dobrze, bo dobre pół godziny krążyliśmy w poszukiwaniu hotelu - położonego nie w jakimś anonimowym zakątku, a przy samej plaży Copacabana. Choć zmęczeni po podróży, postanowiliśmy wypuścić się na miasto na późną kolację w jedną z uliczek modnej Ipanemy (tuż koło drugiej ze słynnych plaż Rio de Janeiro). Nawet w zimie życie tętni tu do późnych godzin nocnych (względnie wczesnych porannych). Przy słabym brazylijskim piwie siedzieliśmy do czwartej (przy czym jeszcze przed kolacją ja uparłam się, żeby pójść na plażę - musiałam przecież zamoczyć nogi w oceanie).

Sobota rozpoczęła się więc z niewielkim poślizgiem i szybko stało się jasne, że misternie ułożona agenda (obejmująca największe atrakcje turystyczne) jest nierealna. No chyba, że narzucilibyśmy tempo japońskiej wycieczki.

Jednym z symboli Rio jest Pão de Açúcar (Głowa Cukru), wysoka na 395 metrów góra wznosząca się nad oceanem na wysokości Praia Vermelha (Czerwona Plaża):




Na Pão de Açúcar wjeżdża się dwustopniową kolejką linową, a na szczycie, oprócz dzikich tłumów, można spotkać lokalną faunę:

i florę:


Flora jest przykładem lasu atlantyckiego (Mata Atlântica), gęstej roślinności typowej dla południowo-wschodniego wybrzeża Brazylii (przy czym schodki nie są stałym elementem maty).

Ani małpki, ani zarośla nie są jednak główną atrakcją tego miejsca. Atrakcją są oczywiście widoki:



Po lewej stronie, tuż za kablami kolejki, widać łuk Copacabany, a centralnie w chmurach kryje się Corcovado z kolejnym symbolem Rio - figurą Cristo Redentor (hm, musze przyznać, że te chmury nieco mnie zmartwiły).

A tak wygląda Copacabana w całej swojej okazałości:





W pewnym momencie chmury nieco się przerzedziły i naszym oczom ukazało się Corcovado:



Zapadła więc szybka decyzja - zaliczamy drugi żelazny punkt wycieczki.

Na szczyt Corocovado (710 m n.p.m.) dostać się można specjalnym busem lub pnącym się stromo w górę pociągiem. Odstaliśmy swoje w kolejce, naczekaliśmy się na ciuchcię i wczesnym popołudniem mieliśmy u stóp całe Rio, tu w stronę Copacabany i Pão de Açúcar:


...a tu z widokiem na Ipanemę i jezioro Lagoa Rodrigo de Freitas:



A tak wygląda sam Cristo Redentor, 38-metrowy granitowy posąg, wzniesiony w 1931 roku:


Niezły efekt, prawda?

Cóż, zrobiło się tu już dość późno, a jutro jednak trzeba pojawić się w pracy (ostatni dzień). Z Waszym pozwoleniem zakończę więc relację na sobotnim dniu. W wolnej chwili (hm, może już z Polski) dopiszę jeszcze kilka słów, aby dopełnić obraz. Powiem jeszcze tylko (na wypadek gdyby nie wynikało to z moich opisów i zdjęć), że był to wyśmienity i relaksujący weekend.

Do zobaczenia już wkrótce!

niedziela, 18 lipca 2010

Miejscowe zwyczaje

Z przykrością zawiadamiam, że nie mam żadnych uroczych opowieści z ostatniego weekendu ani tym bardziej barwnych zdjęć. Weekend spędziłam głównie na pracy (niestety) i brazylijskim imprezowaniu (stety).

Jako że o imprezowaniu już było, chciałam napisać o czymś innym. O zwyczajach, które udało mi się tu zaobserwować, lub też ktoś zwrócił mi na nie uwagę.


Zwyczaj 1 - Paznokcie

Dobrze mówiła młoda Kiedra, że trzeba się tu wybrać na manicure. Wszystkie dziewczyny mają piękne wypielęgnowane paznokcie, kolory lakieru zmieniają się jak w kalejdoskopie. Do dobrego tonu należy manicure przynajmniej raz w tygodniu, a pedicure raz na dwa tygodnie (a i to w zimie, gdy stopy mniej się niszczą, bo nie chodzi się w japonkach-hawankach). Nie wiem kiedy one mają na to czas, bo ja jak na razie radzę sobie we własnym zakresie - wyposażona w dwa matowe (!) lakiery wybrane przez Calaka. Dobrze, że chociaż mam własne havaianas (ale i tak jest za zimno, żeby chodzić w nich gdzieś poza hotelem).
Zwyczaj 2 - Papier toaletowy

Sprawa nieco wstydliwa, ale po kilku dniach tutaj postanowiłam się przełamać i potwierdzić usłyszane pokątnie informacje. No i wszystko jasne jak słońce: papier toaletowy (zużyty) nie trafia do muszli klozetowej, a do kosza na śmieci. Eureka. Cud, że nie zatkałam ubikacji. Niniejszym Młoda Kiedra awansuje oficjalnie na Konsultanta ds. Brazylijskich

Zwyczaj 3 - Beijo, Beijinho

Powszechnie wiadomo (nawet bez konsultanta), że tzw. strefa intymna w krajach południowych jest znacznie węższa niż gdzie indziej. Objawia się to w częstym poklepywaniu się, obejmowaniu, całowaniu na dzień dobry. Uwaga! Dziewczyna, która całuje się trzy razy na powitanie, sygnalizuje, że bardzo, ale to bardzo chce wyjść za mąż! Ciekawe co sobie tu o mnie na początku pomyśleli - desperatka jakaś (czy tylko mi się wydaje, czy u nas normalne jest właśnie trzykrotne całowanie bliźniego w policzek przy powitaniu?). Ja chyba jestem naturą norweską lub grenladzką, bo potrzebę kontaktu w takich ogólnych sytuacjach mam znikomą. Ale dostosowałam się. Teraz już sama poklepuję po ramieniu kolegów i koleżanki w pracy podczas konwersacji nad kawą. Ale takie tam poklepywanie to pikuś. Całowanie, to jest dopiero jazda. W ostatni piątek byłam w klubie Swingers na imprezie urodzinowej znajomej znajomych. Jubilatka pojawiła się w towarzystwie kuzynki i mamy. Klub jak klub: ścisk, tłok, panie pięknie pomalowane i poubierane (na jakich one tu szpilach chodzą!!!), muzyka raczej sieczka. Przez większość czasu musiałam mówić "não falo Português" i "nie, nie chcę się całować" - właściwie w dowolnym języku, bo i tak spotykało się to z niedowierzaniem. Może i schlebiałyby mi takie propozycje, gdyby nie to, że to zdaje się działa na zasadzie chybił-trafił. W pewnym momencie nawet szanowna mama jubilatki postanowiła się rozerwać całowaniem. Bogu dzięki za Sorellę-Lekarza i opowieści o mononukleozie przenoszonej przez głębokie pocałunki.

Fotki pocałunków nie będzie.

Udanego tygodnia!

środa, 14 lipca 2010

Parcie na szkło

W tygodniu niewiele się dzieje, głównie siedzę w pracy, czasem poduczam się nowych słówek. Umiem w sumie może z pięć, ale i tak wszyscy mi tu mówią, że mam idealny akcent (ciekawe na ile są obiektywni, ha ha). A no tak, i ciągle planuję, że jutro wstanę wcześnie rano i pójdę na siłownię.

A w międzyczasie przybyło mi czytelników rodzinnych, i rodzinka zdecydowanie opowiedziała się za zdjęciami ze mną w roli głównej. Do tej pory takich wiele nie było, więc z braku ciekawych opowieści przygotowałam małą selekcję (prawie jak na Naszą Klasę).


Początki mundialu, wczuwam się w atmosferę. Chris i Thiago przeżywają średnią grę Brazylii w meczu z Portugalią.


Znów z Chris. Pręty z Inhotim rozpoznajecie, mam nadzieję?



W Brasílii, pod pomnikiem "Bojowników". Na poprzednim zdjęciu nie wyglądali na takich olbrzymów.


Lotnisko w Brasílii, z Sergiem po mojej prawicy i z Flaviem po lewicy.


To by było tyle na dziś, życzę dobrego piątku i udanego fim-de-semana (mam nikłą nadzieję, że chociaż to nie był slang).

piątek, 9 lipca 2010

Imprezowanie po brazylijsku

Jak na razie nie prowadzę tu specjalnie wybujałego życia towarzyskiego. Musiały minąć dwa tygodnie zanim wybrałam się na balangę z prawdziwego zdarzenia. Traf chciał, że impreza:


  • była bardziej indyjska niż brazylijska,
  • miała pracowy charakter,
  • odbyła się w środku tygodnia.
  • Ale nie będę przecież wybredna...

    Zacznijmy od początku. Na piątek zaplanowana została Bardzo Ważna Wizyta: centrum w Belo zamierzał odwiedzić sam Chief Operating Officer, generalnie druga osoba w firmie, człowiek okrzyknięty wschodzącą gwiazdą wśród menedżerów indyjskich. Czwartkowy wieczór zaplanowany ze szczegółami (limuzyna, restauracja, program kulturalny), a w piątek od rana agenda maksymalnie ściśnięta. Pamiętajmy jednak, że pracuję w dynamicznej organizacji, gdzie plany dostosowuje się do potrzeby chwili. A potrzeba była taka, że COO zapragnął zapoznać się z narodowym alkoholem Brazylii, czyli cachaçą. Może wykażę się teraz sporą ignorancją, ale dla mnie cachaça to po prostu słodkawa wódka pędzona z trzciny cukrowej, a na dodatek serwowana w temperaturze pokojowej. Zdecydowanie nie jest moim ulubionym napojem, no chyba, że jako składnik caipirinhii. No, ale kiedy COO mówi, że ma ochotę na cachaçę, to nie ma miejsca na prywatne preferencje i oczywiście idziemy do najlepszej cachaçarii w mieście: Alambique. Kilka godzin (i kilka butelek cachaçy) później zakończyliśmy wieczór na dachu hotelu z zapierającym dech w piersiach widokiem na Belo by night:



    Jako że czytają rodzice, powiem tylko, że trzymałam fason dzielnie (nie było tańców na stole) i następnego dnia jako jedyna pojawiłam się w pracy na czas. Agendę trzeba było jednak ponownie dopasować do potrzeb COO (pracujemy w dynamicznej organizacji), czyli przesunąć start spotkań o jakieś dwie godziny.

    Zanim przejdę do drugiej imprezy minionego tygodnia, wspomnę, że w sobotę rano obejrzałam pierwsze mieszkanie: ładne, ale drogie (choć to podobno standard dla lokali umeblowanych). Szukam nadal, nieco bliżej biura.


    Sobotnia impreza miała zupełnie inny klimat (choć również tam pojawił się trunek z trzciny cukrowej): 69-te urodziny senhora José, taty Chris. Niewinne garden party okazało się przyjęciem na 60 osób, z kilkoma daniami i obsługą we frakach... Całe szczęście, że goście nie byli we frakach, bo trudno byłoby mi się wpasować.


    No dobrze, z frakami może lekko przesadziłam. Były też plastikowe krzesełka i piwo z beczki. Generalnie rodzinna, domowa atmosfera, tylko na dużą skalę. Nie muszę chyba wspominać, że jedzenie było znakomite: kilka rodzajów mięs, sałaty, zakąski... Tym razem jednak moje serce podbiły desery. Na początek tort truskawkowy:


    A następnie lokalna specjalność zwana Pé de Moça, czyli "stopa dziewczynki", w odróżnieniu od Pé de Moleque, "czyli stopa chłopca" (jeśli coś pokręciłam, poproszę o pomoc Młodą Kiedrę, bo google translator nie obejmuje tak smakowitych przypadków). Słodka, delikatna kombinacja karmelu, mleka i orzeszków zniknęła tak szybko, że nie zdążyłam sfotografować, ale wyglądało to mniej więcej tak:


    Pycha!

    Resztę popołudnia spędziłam zapoznając się z różnymi członkami rodziny:






    ...oraz uganiając się z aparatem za kolibrem. Powiem, że nie było łatwo (złapać kolibra oczywiście; zapoznawanie się z rodziną jakoś poszło, pomimo moich braków językowych).

    Kolibry zobaczyłam po raz pierwszy w Inhotim. Były jednak zbyt szybkie, żeby je upolować (terminologia myśliwska zamierzona). Teraz dałam sobie trochę więcej czasu, a i przestrzeń była bardziej ograniczona. Ale i tak na kilkanaście fotek, gdzie widać kawałek skrzydełka, albo niewyraźny korpusik, wyszło mi jedno w miarę udane zdjęcie:


    Atmosfera "siedzą, piją, lulki palą" ciągnęła się do wieczora. Uznałam, że należy się ewakuować, gdy seniorzy rodu, opróżniwszy uprzednio kilka butelek cachaçy, zaczęli wyszukiwać bratanków czy pociotków, którzy byliby dla mnie dobrą partią.
    Niedzielę spędziłam leniwie, po południu odwiedzając w towarzystwie poznanego na lotnisku w Brasilii Flavia najlepszą lodziarnię w mieście (takich sorbetów nie ma nawet u Grycana!) oraz bar-księgarnię Café com Letras w Savassi (najlepsza jeśli chodzi o knajpy dzielnica miasta), gdzie akurat była jam session. Bardzo przyjemna atmosfera, w sam raz, aby się zrelaksować przed poniedziałkiem.

    niedziela, 4 lipca 2010

    Esencja Brazylii v.2 - Brasília

    Uwaga - to będzie długi post. A dla wielbicieli architektury zamieściłam też całkiem sporo fotek.

    Drugiej turze wyborów prezydenckich zawdzięczam wizytę w niezwykłym mieście, które właśnie obchodzi 50 rocznicę powstania. Wybudowana od podstaw w latach 1956-1960 według planu Lúcia Costy, Brasília jest futurystycznym, betonowym ptakiem (lub samolotem):



    Jak na miasto przyszłości przystało, Brasília przystosowana jest maksymalnie do ruchu samochodowego (wielopasmowe arterie i rozległe piętrowe skrzyżowania), a minimalnie do pieszego (olbrzymie odległości i częsty brak chodników). Innym przejawem modernizmu jest funkcjonalny podział dzielnic na sektory: bankowy, handlowy, hotelowy, mieszkalny, kulturalny, sektor ministerstw czy ambasad. Prosto z lotniska udałam się do tego ostatniego, żeby spełnić swój obywatelski obowiązek (czy też jak kto woli - skorzystać z prawa konstytucyjnego). Nota bene: w Brazylii udział w wyborach jest obowiązkowy. Jeśli z powodu wyjazdu obywatel nie może głosować, to i tak musi się udać do komisji, w pobliżu której będzie przebywać, aby wziąć usprawiedliwienie (co ciekawe, nie może w tej innej komisji oddać głosu). Ale do rzeczy. W ambasadzie od progu zostałam powitana słowami „pani Suszko, prawda?”, co natychmiast skojarzyło mi się ze słynnym „dr Livingstone jak mniemam?”. Okazało się, że jestem jedyną osobą w spisie spoza starej i zaprzyjaźnionej Polonii. Trochę pobrylowałam w towarzystwie dyplomatów, a potem pozwoliłam konsulowi odwieźć się do centrum. Po drodze konsul zareklamował miasto jako nudne, enerdowskie, wymarłe i betonowe. W marketingu to on kariery raczej nie zrobi.

    Rzeczywiście beton dominuje w Brasílii. Widok z wieży telewizyjnej (Torre de Televisão) dobrze obrazuje atmosferę tego miasta. Wyobraźcie sobie poruszanie się tam bez samochodu!


    I żeby zawczasu rozwiać wszelkie wątpliwości - to jest ścisłe centrum, a nie jakieś tam przedmieścia. A to sama wieża:


    Beton nie musi jednak oznaczać architektonicznej nudy i NRD. Oscar Niemeyer, słynny brazylijski architekt, autor większości niezwykłych budowli w Brasílii, potrafił z betonu i szkła wyczarować takie perełki, jak chociażby Catedral Metropolitana da Nossa Senhora Aparecida:



    Katedra położona jest przy głównej osi miasta – przestronnej Eixo Monumental (oś monumentalna), w miejscu gdzie rozpoczyna się Esplanada Dos Ministerios (esplanada ministerstw - łatwy ten portugalski, prawda?). W kilku miejscach esplanady, między innymi właśnie naprzeciwko katedry, rosną drzewa ipê, przepiękne o tej porze roku: gubią na zimę liście, ale równocześnie kwitną. Nie wiem jak to jest możliwe z biologicznego punktu widzenia.


    Na pierwszym zdjęciu widać w tle parlament (Congresso Nacional) - kolejną wizytówkę miasta stworzoną przez Oscara Niemeyera (generalnie większość budynków zaprojektowanych przez niego to tutejsze wizytówki).

    Gdzieś na trasie od wieży telewizyjnej do zabudowań parlamentu (jeśli dobrze wytężycie wzrok, to może na zdjęciu z Torre de Televisão dojrzycie na horyzoncie charakterystyczne wieże - takie właśnie odległości trzeba tam pokonywać) zaprzyjaźniłam się z Francisco, miejscowym fotografem amatorem. Zrobiliśmy mały rozejm Canon-Nikon i dalej zwiedzaliśmy już razem. To znaczy ja zwiedzałam, a Francisco robił zdjęcia do jakiegoś folderu czy na stronę. Nie do końca wiem, bo trochę trudno nam się było porozumieć (ja zero portugalskiego, on zero angielskiego). Sytuacja trochę jak z filmu "Love Actually", tyle że bez romantycznych podtekstów (no i bez Colina Firtha):


    Congresso Nacional jest niezwykłym budynkiem. Już tylko po to, by go zobaczyć, warto było przyjechać do Brasílii.


    Niewątpliwą zaletą zwiedzania miasta w towarzystwie fotografa jest m.in. możliwość sfotografowania się na tle znanych budowli:


    Czy ktoś może mi w fachowy sposób wyjaśnić niewiarygodną różnicę w kolorystyce tych zdjęć? No i przy okazji możemy zrobić małe głosowanie: Canon (fot.1) czy Nikon (fot.2).

    Po obu stronach kongresu znajdują się dwa kolejne niesamowite budynki: Palácio do Itamaratí (Ministerstwo Spraw Zagranicznych)...

    …oraz Ministerstwo Sprawiedliwości - Palácio da Justiça:


    Z drugiej strony budynków parlamentarnych położony jest Praça dos Três Parados (Plac Trzech Władz). Oprócz legislatywy (kongres), swoją siedzibę ma tam prezydent (Palácio de Planalto):


    ... oraz Supremo Tribunal Federal (Najwyższy Sąd Federalny) - tu w tle "Bojowników" - rzeźby upamiętniającej tysiące robotników budujących Brasílię:


    Mogłabym tak wstawiać masę zdjęć, Brasília rzeczywiście jest architektonicznym cudem świata... Ale chyba rozumiem konsula - mieszkanie tam może być na dłuższą metę rzeczywiście męczące.

    Pod wieczór zaliczyłam jeszcze churrascarię w pobliżu hotelu (właściwie to nie miałam wyboru - to jedyna restauracja w pobliżu, w ogóle jedyna jaką widziałam w tym mieście). Zdjęcie specjalnie dla Młodej Kiedry:


    Następnego dnia obejrzałam atrakcje jeszcze bardziej oddalone od centrum - przy okazji zapoznając się z miejscowym transportem miejskim. Konsul co prawda straszył, że trudno mi będzie poruszać się bez znajomości języka, ale jakoś udało mi się dotrzeć tam gdzie chciałam i nie wywiozło mnie na jakieś straszne peryferie.

    Punktem obowiązkowym wizyty w stolicy jest zwiedzanie Memorial JK - mauzoleum Juscelina Kubitschka, prezydenta kraju w latach 1956-1961. Tematy prezydenckie są na czasie, więc zainteresowanych odeślę do krótkiej noty biograficznej w Wikipedii. Hasłem przewodnim tej prezydentury było "Pięćdziesiąt lat postępu w pięć", realizowane poprzez liczne inwestycje w przemysł i infrastrukturę. Jednak sztandarowym dziełem Kubitschka pozostaje Brasília - nowa stolica kraju wybudowana w zaledwie cztery lata. Przeniesienie administracji w głąb kraju miało stymulować rozwój interioru (pierwsze takie zamysły powstały już w XIX wieku). Niestety, urzędnicy państwowi byli bardzo niechętni przymusowej wyprowadzce z Rio de Janeiro, podobno doszło nawet do podpaleń nowych budynków ministerialnych. Z moich obserwacji wynika jednak, że Brazylijczycy są dumni ze swojej stolicy, jej wyjątkowej architektury i tempa w jakim powstała. Sporym szacunkiem cieszy się również pamięć prezydenta Kubitschka, choć kraj przypłacił jego politykę industrializacji olbrzymim długiem publicznym i galopującą inflacją, której nie udawało się zahamować przez wiele następnych lat. Budynek mauzoleum oczywiście także zaprojektowany został przez Oscara Niemeyera:



    Potem podróż autobusem z przygodami i powrót do zabudowań parlamentarnych, gdzie udało mi się zwiedzić kongres z przewodnikiem (oprowadzanie wycieczki oczywiście po portugalsku), a następnie wycieczka do odległego od centrum Palácio da Alvorada - oficjalnej rezydencji prezydenta (autora projektu nie muszę chyba podawać?):


    Na tym zakończyłam zwiedzanie Brasílii. Na lotnisku (imienia JK - oczywiście) miałam jeszcze wystarczająco dużo czasu, by coś zjeść i zaprzyjaźnić się z dwoma starszymi panami z Belo Horizonte: Flaviem i Sergiem. Wymieniliśmy się adresami mailowymi, ciekawe czy będziemy kontynuować znajomość (znajomi spoza pracy mówiący po angielsku - bezcenne). W samolocie znów nawiązałam kolejne kontakty - zrobiłam się jakaś hiperaktywna na polu towarzyskim, zupełnie jak nie ja. Tym razem były to dwie panie: matka (Silvia) i córka (Suzana), które prawie zupełnie nie mówiły po angielsku. Nie było to jednak barierą w komunikacji: dowiedziałam się, że Suzana jest architektem, ma swoją własną firmę projektującą i wytwarzającą elementy placów zabaw (niektóre realizacje do obejrzenia na tej stronie), ma dwie córki nastolatki (z których jedna płynnie mówi po angielsku, bo mieszkała przez rok w Stanach), no i mieszka w Novej Limie. Z Suzaną również wymieniłyśmy kontakty i zobaczymy czy coś będzie z tej znajomości.

    Do hotelu dotarłam przed północą i nowy tydzień zaczęłam olbrzymim długiem sennym, ale weekend uznaję za bardzo udany: poczucie spełnionego obowiązku, niezapomniane wrażenia wizualne i nowe brazylijskie znajomości.

    piątek, 2 lipca 2010

    Po ptokach

    Dziś nie będzie barwnych opisów i zdjęć. Nastała żałoba narodowa. I skończą się posty z etykietą "mecz" lub "Copa do Mundo".
    A wydawało się, że wszystko idzie już tak dobrze - po pierwszej połowie nawet doszłam do wniosku, że wczuwam się w atmosferę mistrzostw:
    • lokalna knajpa (a nie żadne tam wymyślne Hard Rock Cafe),
    • nieźle już rozpoznane słownictwo futbolowe,
    • emocje sięgające zenitu...

    Szkoda, że nie zobaczę karnawału futbolowego na ulicach. A przynajmniej nie w tym roku. Następny za cztery lata - w Brazylii i w samym Belo Horizonte.

    Żegnam w minorowym nastroju. Nie zapomnijcie zagłosować w niedzielę!

    środa, 30 czerwca 2010

    Esencja Brazylii - piłka i grill

    W tygodniu niewiele mam przygód do opisywania. Oprócz trzymania kciuków za brazylijską drużynę oczywiście. W poniedziałek w pracy wszyscy obowiązkowo wyglądaliśmy mniej więcej tak:


    Niech Was nie zwiedzie mój granatowy mundurek, pod nim oczywiście kryje się żółta koszulka z pięcioma gwiazdkami. Tym razem mecz (Chile-Brazylia) oglądałam u brata Fabiano. Fabiano to team leader ode mnie z pracy, sympatyczny chłopak, ale typ mega-yuppie. Wiem, wiem, zaraz mi powiecie, że to przecież ja jestem yuppie do potęgi, ale uwierzcie mi - tylko dlatego tak myślicie, bo nie poznaliście Fabiano. No dobrze, wystarczy psychologiczno-pracowych wstawek, miało być o meczu. Tym razem była gorąca atmosfera: grill (w mieszkaniu!), caipirinha i wuwuzele. I wreszcie moi brazylijscy znajomi (a także nieznajomi) wydawali się zadowoleni z gry swojej drużyny. A teraz emocje będą już tylko rosły. Pytanie wujka komu kibicować w piątek uznaję za niebyłe. Mogłabym od razu wracać do Polski, gdybym pojawiła się w pomarańczowym wdzianku. Piłka to rzeczywiście wielki temat. Dziś w pracy ludzie usiłowali wymusić na mnie zeznanie, który z lokalnych klubów popieram: Cruzeiro czy Atlético. Powiedziałam, że WKS Śląsk, ale ta odpowiedź chyba ich nie usatysfakcjonowała. Mam przeczucie, że niedługo będę musiała opowiedzieć się po którejś ze stron. Jakieś sugestie od znawców tematu? Podobno Cruzeiro jest uznawane przez FIFA za czwartą drużynę świata - może mi ktoś te rewelacje potwierdzić?

    Oprócz emocji związanych z Copa do Mundo, atrakcją poniedziałkowej imprezy był grill. I nie była to bynajmniej akademikowa wersja grilla (na balkonie), ale profesjonalny ruszt wbudowany w ścianę mieszkania na 13-tym piętrze! A mięso - palce lizać.

    Na szczęście nie było to moje ostatnie spotkanie z pysznym mięsem w tym tygodniu. We wtorek wybrałam się z Guy'em do churrascarii. Churrascaria to brazylijska odmiana steak house'u (grillowni??), gdzie serwowane są przeróżne odmiany mięs z rusztu. Kelnerzy chodzą z nabitymi na szpady różnymi pysznościami i podrzucają je gościom na talerz tak długo, aż przejedzony klient położy czerwoną kartkę na stole (i wyjątkowo nie ma to nic wspólnego z piłką nożną). Nieopatrznie nie wzięłam ze sobą aparatu (chyba jednak trzeba się będzie przerzucić na kompakt mieszczący się w damskiej torebce...), ale wygląda to mniej więcej tak, jak na fotkach z sieci:





    Już na samo wspomnienie robię się głodna...

    Na koniec jeszcze jeden pracowy wątek: dziś był ostatni dzień Chris. Wręczyłam jej na pożegnanie kolczyki z bursztynem przeszmuglowane z Polski. Podobały się - kto jak kto, ale Calak ma dobre oko do wybierania biżuterii.

    Wszystkim młodym ze świeżo zdobytym wyższym wykształceniem gratuluję serdecznie. A wszystkim openerowiczom życzę niezapomnianych wrażeń, słońca i udanej zabawy. Szkoda, że mnie tam nie będzie.